poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Kamieniem w obiektyw!

Morgen-wieczór!

Jadąc dalej smętnym "dyrdem"... czyli wspominek część dalszy (ale za to jakich!), przejedziemy owym "dyrdem" przez kamienisty trakt!
Podczas studiów serce mi skamieniało! Ukochałem geologię; choć niestety to uczucie w najbliższych latach musi trochę stopnieć, mam jednak nadzieję, że nie zniknie na zawsze. 
~Dryrdu, dyrdu:
Prezentuje kilka zdjęć skał i minerałów jakie zrobiłem na pulpit... geologiem ani mineralogiem nie jestem, więc nie podpiszę wzorami chemicznymi, ale coś tam spróbuję podpisać:

Zacznę od "GG"- Goethytu w Geodzie: (prezent pod choinkę od aniołka... chochliki podpowiadają mi, że miał na imię Władek)



Minerały ze wspaniałej wyprawy do Wieściszowic; znajdują się tam wyrobiska poniemieckie  z dawnych kopalni pirytu. A teraz bardzo atrakcyjnie geo-turystyczny park  Kolorowe jeziorka
Niżej, wykwity gipsowe na łupku pirytonośnym, stalaktyt żelazisty i łupek serycytowo- chlorytowy.







Amonit (?) z gipsowymi (?) kryształkami w wypustkach ze skałki Rogoźnickiej- pierwszej wychodni - patrząc od zachodu- pienińskiego pasa skałkowego.


Zdobyty na giełdzie minerałów- kwarc dymny ze wspaniałym epidotem: 
(Na targach spotkałem Demi i tu ślę pozdrowienia!)

Zacząłem Goethytem i skończę. Goethyt był dla mnie główną inspiracją do tematu Barbórkowego: "Geologia jako sztuka. Szlak Goetheturystyczny " Więc jestem mu wdzięczny. Inspiruje mnie nadal, przypominając jednocześnie jaka jest cienka granicą pomiędzy nauką i sztuką. 
Sam Goethe uwielbiał/uprawiał  geologię i oczywiście szeroko pojętą naukę. Na szczęście wyraził to w poezji- "Natura i Sztuka". (Goethyt z kolekcji Johna Rakovana- i tu jeśli kiedyś by trafił- pozdrowienia i podziękowania!)


To by było na tyle
A żeby nie było tyle na ile
Jest

Pokażę zdjęcia
I filmy 
The best!

Są one z wypraw 
gdzie został zdobyty
powyższy stuff

Wieściszowice- Galeria
Tajemniczy Dolny Śląsk - Galeria

No to cienki! 
Lecą skały lecą ni mają koguta!







poniedziałek, 29 lipca 2013

Przeszła zawierucha- odpalamy starucha!

Witooojcie! Heeej!

Najwyższa pora odpalić Wątłego starucha!
(yyyyy.... yyyyy..yyyyprpr... yyyprprprpr tu... yyyprprprprprtu tu tu tu tu tu!!!!)
Po miesiącach wzmożonej pracy, przyszedł w końcu czas na małe "dychnięcie".
Podsumowanie działań w  flesz-expres-skrócie-biegowym-bucie: Jakimś nieziemskim cudem plan został zrealizowany w 100%; a mianowicie ryzyko związane z rezygnacją ze studiów opłaciło się i w październiku  przekroczę próg PWST we Wrocławiu. Pytanie na ile warto było uciekać z AGH... ale fuks to FUKS! (trzeba też zaznaczyć, że lista podziękowań jest długa, ale to nie tu)
















W każdym zrazie:
Przygoda Krakowska była wspaniała! Świetne studia! Interesujący kierunek! Ciekawi ludzie! (tu dla Nich największe pozdrowienia). W tym semestrze udało się również: wygrać sesję kół naukowych, zagrać w Teatralnym Hyde Parku, popływać na basenie i... oczywiście być uczestnikiem przewspaniałego studium wokalno-aktorskiego "farafka"! - jest to bez wątpienia jedna z najlepszych decyzji minionego semestru!

Dzisiaj, wspominkowo.. ale cóż jeśli trochę piasku się przesypało/ wody upłynęło/ kwiatków urosło/ zwiędło/ próchnicy powstało... itd.

Zamieszczam w tym wpisie filmik o Pani Ziucie Zającównie (której wiele zawdzięczam):
I uwaga! ("I uwaga"- nie wiem czy znaczy w tym przypadku brzmi "pozytywnie"  czy "negatywnie") Jest na nim fragment (ok. 3:40) wiersza "Y", który - licząc czasem Wątłego Warzywniaka- wrzuciłem tu "niedawno":

http://www.youtube.com/watch?v=KC5ukjORklE

A obecnie- w czasie wakacyjnym-  pracuję jako pilot wycieczek.
Często jak mówię:
-Jestem pilotem!
Ludzie reagują:
-Że co? Jak? Latasz?
(potem zaprzeczam i bla bla bla... mówię o co mi chodziło)
Ale po tym roku na tą profesję będę spozierał z podziwem i szacunkiem- niczym na pilota samolotu.
Czemu? A no temu, że w sytuacjach extremalnych (tutaj min. zostawienie pieniędzy w autokarze, zachorowanie na żołądek- efekt tzw. "sraka"- pod Łomnickim szczytem, przyjście godzinę za wcześnie na pociąg z grupą... itd.) ciśnienie potrafi się podnieść do poziomu przeciążeń w kokpicie samolotu!

Nie jest to oczywiście zła praca... ale nie łatwa. Jak we wszystkim, trzeba trochę wprawy.
Daje ona sporo satysfakcji, uczy zorganizowania, kontaktu z drugim (...bądź z 50...) człowiekiem można ludziom zarecytować prozę, przeczytać wiersz- czyli to co lubię!

Ciekawe też można usłyszeć teksty:
Słowacka przewodniczka po Orawskim zamku:
- Tu stoi pijanino
- I wojna świętowa

Jakiś turysta:
- Zejście jest tu, wy idźcie a ja będę patrzył wzrokiem!

Ciekawe jest też jak po czesku brzmi "granit"- Žula
I wyobraźcie sobie jaką mamy rocznicę! W 1713 powieszono Janosika za poślednie ziobro na rynku w Liptowskim Mikulaszu!!!
 No jaja!!! Żebra!!! Janosiki!!! Rynki!!! 1713!!! 2013!!!



A teraz dla ostudzenia atmosfery, obiecywany obrazek. Inspiracja do tytułu bloga. (już po takim czasie - ponad 2 i pół roku od  zał. - wypada zamieścić)





Były to rysunki jakie za młodu robiłem (zazwyczaj leżąc w gorączce) pt. "Extremalne Ludki"

To do zoo - można się wybrać!
Aby Wam w czasie letnim grało pijanino, tylko uważajcie- nie zamieńcie się w Žula!
I żyjcie intensywnie jak Janosik... ale nie koniecznie jak on- 25 lat ;]

yyyprprprprprtu tu tu tu tu tu!!!!



poniedziałek, 15 kwietnia 2013

środa, 26 grudnia 2012

"W. W. w W. W. + Gru, gru!"

Witam Was!
W. W. w W. W. (witam Was w Wątłym Warzywniku)!
Ho, ho, ho!
Witam Was: "Gru-dniowo" (to na pewno), Gru-bo (to chyba jeszcze pewniej. Hę? ;] ).

Ach co za szczęśliwy czas! Można sobie w końcu zasiąść w ciepłym domu. Odpocząć. Zwłaszcza, że ostatnie miesiące nie należały do najlżejszych. Ach... Leżeć, jak za dawnych lat... i na wspomnienia się bierze... :)
Jak to kiedyś był,o ile to już świąt! - Co starsi, pewnie chwycą się za głowę, i wyrwą posiwiałe włosy (albo po prostu chwycą się za głowę), że mi wspominki przychodzą na myśl, jak bujanemu dziadkowi! Mi!? Ale! Ale każdemu przecież wolno... ;]

Choć powiem szczerze, iż w tych wspominkach jedna rzecz, a dokładniej połacie jednej... rzeczy(?), zalegają, dosłownie zalegają! Śnieg! Kiedyś to było (eh...bujany dziad)! Tak, tak kiedyś to było! W grudniu, prawie nie było dnia by nie leciał z nieba. Biała pierzynka pokrywała każdy skrawek horyzontu. Co ja mówię/pisze/gdaczę/kraczę! Pierzynka!? Kołdra puchowa w pięciu warstwach! Waliło tak, że po nabraniu na łopatę śniegu, trzeba było huknąć łychą z całych sił, aby zawartość wystrzeliła na planetę: "Dwumetrowywałśnieżny"!!! I tak całą ścieżkę...A! I później poprawka dla samochodu.... Wtedy nie było mowy o  gru-bych, gru-dniowych świętach... Po jedzeniu, od razu- do łopaty. Tylko po to aby rano mieć mniej roboty i nie zmęczyć się po trzech machnięciach...
Widok ze wschodniej strony domu
I na narty można było iść.
I coś pobudować.
I nawet ładnie było.
A teraz kretowicha wystają, które wcale nie pomagają w jeździe na nartach biegowych.
Oczywiście wszędzie są + jak i -. Ale jak zima, to zima... dlatego na zdjęciach dziś, wspomnę lato! ;]
A niech za karę grudniowi pójdzie w pięty!
Zbieranie porzeczek






Ot co! Kolejnym przedmiotem wspomnień, będzie wiersz napisany niecały rok temu. Miłej i wnikliwej interpretacji ;]



„KRESKA KRESÓW”

Gdzieś w oddali mieni się szczyt – BANAŁU
Gdzieś na horyzoncie złotem falują pola  – PRZYZWYCZAJENIA
Gdzieś ponad głowami błękitnieje niebo – UŁUDY

A ROZEJRZYJ SIĘ WOKOŁO
ZAWĘŹ TROCHĘ, OKOŁO
I POWOLI BĘDZIE WYMGLIWAŁO KOŁO

A w Nim każda rzecz to atrybut wspomnień
Lecz każda z tych rzeczy mniej materialna od wiatru
Jednak każda z nich szczyptę nirwany raju hojnie przywołuje

TYLE W KOLE
A POZA NIM? I POZA POZĄ WYMIARU AKTUALNEGO?
DOWIEMY SIĘ JEDYNIE GDY NA KRESACH KRESKĘ KRESU ZAKREŚLIMY.




Jak już przebrnęliście przez "Kreskę Kresów" to życzę Wam na nowy rok tego co najlepsze!
I aby był obfity w wszelakie dobra jak ten miniony: 



P. S. 
Jak byście mogli to zagłosujcie... taki oto filmik zrobiliśmy z Maxem (ciekawe czy widać ** dni pracy :P )
 na konkurs:
możecie klikać nawet co dziennie ( do 31) ;]

Pozdrawiam!
Piękne
Dzięki
Wdzięki

środa, 19 grudnia 2012

Yadym! Yyyyyaaadyyym!

Haj!
Jak bumerang wróciła mi dawno puszczona w eter obietnica, która głosiła, że "po występie w teatrze zamieszczę swój tekst wypowiedziany podczas spektaklu".
A zadem spełniam obietnicę... ;]





„Y”


Cyk…
Mrok
Cyk…
Mrok co krok
Cyk…
Mrok co krok
Stawia tłok
Cyk…
Mrok co krok
Stawia tłok
Coraz ciemniej
Więcej nie mniej

Cyk…
Cyk cyk…
Cyk…

Cyka
Cały
Cudny
Czas

Cyk…
Cyk…

Czyni
Czary
Czarnej
Pary

Cyk...
Cyk…

Puka
Płacze
Pieje
Skacze

Cyk…
Cyk…

Sunie
Syczy
Sieje
Krzyczy

Cyk…
Cyk…

Kroczy
Kluczy
Klęczy

Cyk…

Kyc…
Kyc kyc

Kyc…

Rok

Kyc..

Rok co rok

Kyc…

 Świata tok*

Kyc

.....  .......

Więcej nie mniej





------------------------------------------------------------------------------------------------

*Recytator powinien zakończyć wiersz w tym miejscu.


Koniec... części I (wiersz napisany ok. dwa tygodnie przed spektaklem... czyli świeży i soczysty... rzadko tak szybko na świat wydaje lirykę, ale w tym przypadku od razu po napisaniu poczułem: "myku, pyku, stryku, bzyku- super star!" )

Drugi z kolei to, króciutki dialog z serii 3 dialogów napisanych w gimnazjalnym czasie... czyli staroć aż skrzypi!
Zapraszam:

Tytuł:  "Puść" albo "Pwść" - logika podpowiada wariant pierwszy, ale ewidentne "w" mam w rękopisie...niestety nie zapisałem zbyt wyraźnie...a tekst już lekko przyrdzewiały.... być może chciałem zamieścić coś na wzór słowa "Powieść" obranego z samogłosek. (?!) Jednakże najważniejsza treść.
Zapraszam:

Ą:  Exusemła!
Ę:  Proszę? 
Ą:  Mogę przejść?
Ę:  Nie! Można tylko wyjść.
Ą:  Ja jednak potrzebuję jedynie przejścia
Ę:  W takim razie odmawiam. Przejście bez wyjścia nie jest możliwe!
Ą:  Ale zależy mi na czasie! 
Ę:  To proszę w y j ś ć! 
Ą:  Już. Momencik. Zastanowię się...
Ę:  Proszę Pana? Proszę Pana! Patrzcie no... Umarł! 


I za tym optymistycznym akcentem:
Do następnego! ;]


P.S. Spektakl z powyższymi tekstami... i wieloma innymi wspaniałymi (można by rzec wspanialszymi - choć pisanina, to nie jest karat w złocie aby wartościować), będzie powtórzony!!!
 11 stycznia godzina 19.00 ul. Kanonicza 1
"Jak co to kom."
- jak głosi słynna fraza: (choć nigdy nie wiadomo czy kom-puter, kom-órka, kom-presor- ale kto by tam się przejmował... zachowajmy w tym wszystkim kom-promis i uznajmy każde z tych urządzeń za godne w pośredniczeniu informacji)

niedziela, 11 listopada 2012

Pieron jasny!

Witacka!

Ostatnio na AGH odbyły się tak zwane "Targi Pracy", które dla większości oznaczają "Darmowe długopisy" a oprócz tego można dostać coś do "spapania". Ja np. otrzymałem pomarańczkę i pare krówek.... Jest się czym chwalić. Nie? :D
Podczas tego wielkiego wydarzenia, przypomniał mi się (jak pieron jasny błysnął w zakamarkach pamięci!) inny event, który miał miejsce ok. pół roku temu... a zatem zurück!

Obchodzono wtedy dzień poświęcony patronowi AGH , odbyły się wtedy konferencje pt. "Nowe odczytanie idei staszicowskich", w których miałem zaszczyt brać udział- jako widz oczy wiśnie- bardzo interesujące! Ciekawe! Wnoszące wiele w myślenie o tzw. "przyszłości"! I były ciastka!
Ale oprócz konferencji postawiono w głównym holu, piękne i kolorowe tablice dotyczące Stanisława Staszica:















Kiedy zobaczyłem powyższy obrazek, jak pieron jasny (!) - być może bliski krewny wcześniej wymienionego z rodziny "błyskawicznych"- uderzyła mnie spójność znanego cytatu z pod pomnika Staszica figurującego na reprezentatywnych schodach:


"Nauki i umiejętności dopiero stają się użytecznymi gdy są w praktyce do użytku publicznego zastosowane"

Na naszej uczelni nie mogło być inaczej, jak tylko pójść za tym wielkim hasłem i... użyć tablice o Staszicu w praktyce...i to do użytku publicznego zastosować!!!  ;]
(jako ścianki do stoisk- gdyby nie było widoczne na zdjęciu) 

Ale... na pewno ktoś też je przeczytał a wiedzę w praktyce krzewi gdzie tylko jest ku temu możliwość. - nie bądźmy zgryźliwi!

Jak już tak "pieronuje", to opowiem o jeszcze jednym ciekawym fancie.
Nadszedł niedawno rok akademicki (może już dawno... ale kto by pamiętał!)
Na tę okazję postanowiłem sobie kupić notesik do "zapisków myśli" - ten z przed roku jest już nimi zbyt obciążony.
Wchodzę do papierniczego, przeglądam, grzebię, szukam takiego z gumką- aby nie otwierał się w kieszeni, szperam, plądruję, węszę, już rozpoczynam dziesiąte okrążenie po sklepie (bo z gumką nie ma!)
A tu trach! Bach! Szarabach! (nie muszę mówić chyba- jak pieron jasny!!!) Wpada mi w ręce taki notesik:



A na nim pełen zawijasów druczek: 
"Golden Collection
Designed by Janusz Zemła"
Uśmiechnąłem się w duchu i od razu kupiłem. 
Angielskiego dobrze nie potrafię. Sprawdzam znaczenie zagranicznych słów. Ale przeczucie mnie tym razem nie myliło: design- zaprojektować.
I zaczynam główkować... gdzie "designed"? gdzie "golden"? gdzie "collection"? :




No żywcem, oprócz napisu ( i nieintegralnego kodu wraz z ceną) nic! W środku, na zewnątrz, kratki puściuteńskie....

No nic.... wychodzi  na to, że  elementem "gold" jest sam napis...  a "design" może należy doszukiwać się w niepowtarzalnym dobraniu cudownie połyskującej miedzianym kolorem pary zszywaczy, trzymających solidnie konstrukcję notesiku, skonstruowanego z najwyższej jakości lekko zażółtawionych stronnic, wraz z idealnie zieloną okładką!
Tak mnie to zafascynowało, że zacząłem szukać w wielkim oceanie internetu, kim jest geniusz, wizjoner i niepokorny artysta -autor "Golden Collection".
Niestety.... To imię i nazwisko jest tak popularne, iż utonąłem w burzliwych wodach cyberprzestrzeni.
(ale jeśli ktoś, kiedyś znajdzie informacje o genezie owego notesu, to proszę dzwonić)

W każdym razie jak mogłem nie kupić tego pięknego małego zeszytu, jeśli tyle radości mi dostarczył na wstępie? Mimo, iż nie posiadał gumki! Niech wiernie służy, przez cały sezon! 

I raz jeszcze:

A zatem na otwarcie nowego tygodnia życzę: 
Niech każdy z nas używa nauki i umiejętności w praktyce, goni jak pieron jasny, a codzienny "design" będzie zawsze "golden"! 

Do zwidzenia! ;]

wtorek, 6 listopada 2012

Wole.. wątle

Morgen- wieczór!

Dziś zamieszczę bez specjalnych fajerwerków wiersz.
Wstrzymywałem się długo z zamieszczeniem, gdyż nie współgrał z moim stanem wewnętrznym (od czasu jego napisania)
Ciekawe jest to, iż szkicując ten o mieszanej budowie "liryk" spóźniłem się na wykład i to dosyć znacznie z baarrrrdzo grrroooźnym wykładowcą - H. D.  ;]

Teraz wiersz bardziej pasuje do mojego aktualnego stanu... jednocześnie mając nastrój do wewnętrznej z nim polemiki ;]



„POSZUKIWACZ”

Chciałem otrzymać niebagatelną poradę
A nie wzniecać jakąś kompozytową zwadę

Śmiało, lecz grzecznie i uprzejmie zapukałem
Do lasu wielkiego gdzie Mieszkańca spotkałem

Korne echo głuchymi liśćmi zaszumiało
Mieszkańca poszukiwanego nie przywiało

Wielka puszcza nie wzruszona – jak murowana
Przesiedziałem noc całą – doczekałem rana

Mojego kompana ujrzałem w bladym blasku
A spienionym delikatnym miodowym brzasku

Spytałem go o ogólnie celną poradę
Oto jaką otrzymałem od Niego zwadę


„Otwarci niech się zamkną
Zamknięci niech się otworzą

Może stworzą coś lepszego
Nowy glob odklaszczą

A tylko sobie bądź innym grożą 
W dzikiej naturze wożą

Gdy instynkt gra
Gówno da!”


Wysłuchawszy
Zaskoczywszy
Powróciwszy
Usiadłszy
Pomyślawszy
Z szybą zasnąwszy
Jakby bardziej z nią obudziwszy

Do szyku powróciłem

Pierwszy
Powróciwszy 





KONIEC


A, że ostatnio moja siostra miała 18 urodziny zamieszczam foto z przed 7 lat ;]
Zdjęcie zostało zrobione w muzeum Leonarda da Vinci - niech to uzupełni kontekst i doda podtekst do życzeń ;]

2005r.

A teraz:
papacka i dżymacka ;]

sobota, 20 października 2012

Rusza ratunek z gąszczu "sprawunek".

Sieje mano!

Ostatnio staram się teatralizować na wszystkie sposoby. A zatem na początku oficjalnie ogłaszam wszem i wobec:
Gdy ktoś będzie wybierał się/chciał/zamierza/marzy/bądź inny ma powód do odwiedzenia teatru; niech wali do mnie jak w dym! ;]

Dziś byłem na "Gąska" w teatrze Ludowym z Maciejem R. Myślę, że to całkiem niezła sztuka, porusza problemy życiowe typu: zdrada, rodzina, młodość, starość, cel, miłość... i wiele innych. Ale. Nie miałem w tym wpisie niczego recenzować. W każdym razie nie odradzam a polecam.

Idąc na spektakl byłem świadkiem ciekawej sytuacji. Nie wiedziałem gdzie znajduje się owa instytucja zwana Teatrem Ludowym i co jakiś czas zadawałem pytanie przechodniom, z prośbą o wskazanie mi drogi.
I tak, pokraczując namierzyłem wzrokiem w oddali jakąś dziewczynę. Powoli zmniejszałem odległość między nami, a tu nagle! Jak rozpędzone wilki! Jak wyżły wypędzone z klatki! Leci dwóch zakapturzonych chłopaków, mijają mnie aż dmuchnęło powietrzem i... PLASK! W tyłeczek dziewczyny! PLASK! Aż się ziemia zatrzęsła! ( a przynajmniej jej chodząca część).
Jak tragikomicznie musiało brzmieć z perspektywy seniority moje pytanie: "przepraszam, gdzie znajduje się Teatr Ludowy?" (zadane chwilę po "PLASK!"x2) ....
No nic... trudno... tak wyszło.... byłem już spóźniony na sztukę i musiałem się śpieszyć. ;]


Po krótkich bajdurzeniach zamieszczam wiersz- tytułowy "uratowany".
Jest jednym z nielicznych tzw. "pięciominutówek". Napisałem go w 5 min. wysyłając Władkowi skany map. Tak jakoś zachwyciłem się nad fenomenem tej rzeczy jaką jest- mapa, że dostał wraz z załącznikiem map (z trochę udawanym patosem) taki oto tekścik:



"Chwila mapy"

Ach mapa!
Mapa, Mapa!

Kiedy dotknie ją
moja łapa:


Kolorowy świat świta!
Chcę "koziczyć" na kopytach!

Szlak i "pozaszlak" się wita
Wchodzę w siatki szach!




Ach!
Ach!
Piękny świat!
Płaski świat!
W niej cztery końce jego,,,
Lecz smoka żadnego...

Bezkresnych, mórz...
Pięknych zórz i dzikich burz...
nie ma już...

I nagle! Abstrakcyjny świat ją składa...
Gdzieś w kulistą ciemność wkłada...




Uciekł do krainy zapomnienia na jakiś czas, ale dzięki Wieczorkom Poetyckim powrócił!

Pooozdrowienia! ;]


wtorek, 16 października 2012

Forsz na fortepianie...!?

Morgen!

Od jakiegoś czasu mieszkam już w akademiku. (alfa p. 155 - zapraszam.) I tak się szczęśliwie złożyło, że dziele ów pokój- jak przed rokiem- z moim kuzynem. Właśnie siedzi koło mnie i pisząc coś na komputerze śpiewa w różnych tonacjach: "gnam jak szczur, gnam jak szczur, jak szczur gnam, gnam (...)". A przygrywa mu w tle "Tango desperado". Na pewno ten tekst ma jakąś głębszą myśl i w jakimś celu jest nucony.. Ale przenieśmy się jakieś 15 godzin wstecz... Kiedy to nie mogąc zasnąć słyszę nagłe: YYOOBBDDFFFOOOBBB! Podskoczyłem chyba z metr ponad materac. Cóż wydaje takie diaboliczne dźwięki!? Aaa to Władek... uff... DOGO CIE NA FORSZNAFORTEPIANIE! Oho! Zaczyna mówić przez sen! Sekunda nawet nie minęła i trzymałem notatnik z długopisem... FORSZ NA FORTEPIANIE... NIE MA SZANS... - Słyszę nieco wyraźniej, jednocześnie ochoczo notując, czekam na więcej... nic. Tylko YY MNIAM, MNIAM. Szkoda, że nie było dalszego ciągu, ale cóż... jak za to brzmiała wyraźna fraza!
"forsz na fortepianie"- niczym wyzwanie, coś nie do przeskoczenia z jednoczesną nutką zuchwałości i zaraz potem pełne zrezygnowania "nie ma szans".
W każdym razie, po zapisaniu słów udałem się do podobnej krainy w jakiej był już mój sąsiad.
Teraz, gdy siedzę nad zapisaną kartką puszczam wodzę wyobraźni i... co to jest ten pieroński "forsz"?
Pierwsza myśl jaka mi przyszła brzmiała: na pewno jakiś trudny utwór - "forsz"- hmm... może jakieś forte (?) Ale Władek i.... fortepian!? (chciał przecież kiedyś opanować gitarę) Ale Władek i.... fortepian!?!?!  Fakt. Przyznał zaraz potem: "nie ma szans".
Poszedłem dalej; wpisałem do słownika internetowego f-z. Nic... Choć! Światełko w ciemnym akademiku! Słownik podpowiada zmianę z forsz na forsch! Ha! Wedle tłumaczenia: forsch- raźnie. I bez zbędnych gramatycznych przymiarek- "raźnie na fortepianie... nie ma szans".

A zagłębmy się jeszcze bardziej w doliny wyobraźni! Popatrzmy na fortepian jako na wyzwanie, wyzwanie polegające na znanych regułach, regułach jasnych i określonych- no, czarno na białym! No! Ale kiedy dojdzie ów dzikie, obślizłe, brzmieniowo podobne ale nieznajome, tajemnicze i jednak obco brzmiące "forsz". FORSZ! Możemy stwierdzić wszyscy.... mogiła, baba po zakupach, pobite gary, musztarda po obiedzie, pogoda w poniedziałek....  jedną frazą: nie ma szans. I czyż nie jest tak w życiu? Kiedy  znajoma sytuacja zostanie wyrażona w obcobrzmiącym określniku cofamy się w ostatniej chwili, zamiast jakiś czas powalczyć i spróbować rozwiązać problem- grunt pod stopami już znamy co z tego, że nie przeciwnika... a nóż, pod nieznajomym kryje się znajoma przestrzeń w innej perspektywie ukazana(?). Może zamiast forsz będzie forsch. Może.  Wtedy wystarczy tylko raźnie chwycić po nagrodę! ;]






A taki naiwny optymizm mnie chwycił w czasie forschego powrotu do zdrowia. Choć świadom jestem czyhających  forszów. ;]

Skończyłem pisać... a Władek dalej buzuje: "Piernik to jestem ja!" - stwierdził.

Piernik! Pozdro! ;]




poniedziałek, 1 października 2012

Działanie w stanie: "nieprzestanie".

Witam!
Już dosyć z tą "świnią" na przedniej stronie!

Przecież wakacje minęły!
Przecież rok akademicki się rozpoczął!
Przecież tyle się wydarzyło!
Przecież cały czas Ktoś wchodzi na stronę!
Właśnie! I to jest zastanawiające! Ktoś wchodzi! I nie mógł bym tego Ktosia zawieść! Tym bardziej, że czasem się ujawnia i już "osobowo" do mnie przemawia: PISZ COŚ!
Co tym bardziej jest ciekawe, gdyż bloga założyłem dla samorozwoju i dla posiadania miejsca do "utylizacji swojej chęci pisania, a publiczność miała sać na drugim planie. Tymczasem drugi plan przejął stery z czego jest mi niezmiernie miło! ;]

Dziś krótka notka o wystawie fotograficznej, jaka miała niedawno miejsce przy przesławnej ulicy- Franciszkańskiej 3 [temat w sam raz na rozruszanie nadgarstków po przerwie]

Na wystawę trafiłem przypadkowo, ale już nie przypadek sprawił, że ją opuściłem po 1,5 godziny.
Przyczyną tego był kunszt i wspaniałe ujęcie tematu przez autora, jak i sam temat: "Arbores vitae- ostatnia taka puszcza.".
Wystawa miała charakter plenerowy i (co wyło tego wynikiem) darmowy.
Prezentowane były fotografie robione w Puszczy Białowieskiej, przez Jana Walencika (znana osoba- nie będę tutaj rozdrabniał się o wielu Jego zasługach)
Autor wiele lat życia poświęcił na fotografowanie tego pięknego ekosystemu i efekt doskonale widać na zdjęciach.  Są one; zniewalające, magnetyczne, posiadają unikatowy klimat, są spójną opowieścią, która bez reszty wciąga i nie daje odejść.Bez wątpienia są opus magnum dokumentalisty. A gdy w końcu wśród tego całego zachwytu dotrze do nas informacja, iż robione były w Polsce można przeżyć nie lada szok! - Wyglądają przecież jak żywcem wyjęte z najegzotyczniejszego kraju!- Każde zdjęcie jest opatrzone krótkim, acz wystarczającym opisem a pomiędzy niektórymi zdjęciami możemy. na banerach możemy przeczytać teksty profesorów, znawców jak i samego autora, dotyczące tematu wystawy.
Posiada ona jeszcze dosyć istotne atuty: ma charakter edukacyjny, odnoszący się do ochrony przyrody (bardzo szczytny i przedstawiony w nienarzucający sposób!), szereg konkursów towarzyszących, i możliwość zakupu pamiątek.
Wszystko to sprawia, iż jest to jedna z ciekawszych wystaw fotograficznych jakie miały miejsce w ostatnich latach. A ja osobiście uważam, za jedną z najlepszych jakie kiedykolwiek widziałem (a trochę ich widziałem), nie ustępuje niczym wspaniałym wystawom National Geographic.
Gdybyście kiedykolwiek mieli okazję zobaczyć- polecam!
Link:
http://www.arboresvitae.eu/o-wystawie/





Koniec przemowy <---> dla wszystkich pozdrowy!  ;]